Bies z Czadów rzucił na mnie urok…

Jeśli nie macie pomysłu na to, jak spędzić czas w tym NAPRAWDĘ wyjątkowym miejscu w Polsce, to zapraszam w Bieszczady moimi śladami – okonasznurku travel.

Odbicia łap wilka w błocie na szlaku

To będzie najbardziej sentymentalny post jaki napisałam w życiu (pomijając te, które pisałam, na nieistniejącym już blogu, w momencie kiedy byłam na rozstaju dróg min. zawodowych) …

Pojechałam w Bieszczady, żeby obalić mit zajebistości tego miejsca i przede wszystkim po to, żeby udowodnić sobie, że nie jest to miejsce dla mnie. Ostatnio płakałam tak wyjeżdżając skądś, kiedy miałam jakieś 9 lat i był to mój pierwszy samodzielny wyjazd na kolonie, podczas którego poznałam, jak się wtedy wydawało, najlepszych ludzi na świecie, i do tego wszystkiego wszystkich naraz;) „Świat” wydawał mi się czymś odległym, do czego nie miałam wstępu (tak, tak, dzieci myślą bez rozkminek), więc rozpacz dotyczyła głównie tego, że sytuacja wydawała mi się wyjątkowa, niepowtarzalna i że już się skończyła;) Jakie było moje zdziwienie, kiedy wspominając te kolonie w dorosłym już życiu, uświadomiłam sobie, że nikogo nie pamiętam, a droga, którą przeszłam od tamtego czasu była bardziej kolorowa niż to lato, wtedy nad jeziorem. Czy to przypadek, może hormony, coś w każdym razie sprawiło, że chylę głowę, sypię ją popiołem i przepraszam za to, że wątpiłam w czar/d Bieszczad…

Droga daleka, noc taka ciemna…

Wyjazd z Wrocławia

Budzik zadzwonił o 3 i żeby nie mieć myśli samobójczych śpiewałam pod nosem, że „przygoda ach przygoda, każdej chwili szkoda” – zawsze mi pomaga. Wyjechaliśmy o 5, było lekko ciemno, a Pan z warzywniaka znajdującego się tuż obok mojego domu patrzył na mnie ze zdziwieniem, głównie wtedy, kiedy 20 minut później, machając mu ręką z pełnym uśmiechem na ustach, musiałam się wrócic, bo zapomniałam… aparatu;) Na szczęście warzywniak otwierają codziennie o 2:30, wliczając w to soboty, i nie takie rzeczy wcześniej widzieli;) poza tym znamy się od kilku lat i wiemy o sobie trochę… głównie tyle, że jedyne czego w życiu nam brakuje, to powagi;)

Rzeszów, czyli jedno z tych miejsc, w których nikt nigdy nie był.

Koszulka w gablocie z pamiątkami w Rzeszowie

Kiedy poznaję kogoś z Piły, Rzeszowa, Przemyśla lub Lublina – jestem pełna podziwu. Dużo podróżuję, ale w tych miastach nie byłam ani ja, ani nikt z moich znajomych – no poza Piłą, ale to można uznać za cud;), bo przecież przypadków nie ma;)  W każdym razie Rzeszów ogarnęłam w 3 godziny, tym bardziej dlatego, że musiałam pojechać jeszcze tego samego dnia do Krosna. Tam przygód było wiele, ale jeśli chciałabym opisać te dwa miasta w tym jednym poście, to myślę, że miejsce w internecie by się skończyło;) Zapraszam zatem do osobnego posta o Rzeszowie i Krośnie TU-KLIK.

Czarne kwiaty kwitną (Black flowers blossom via Teardrop – Massive Attack)

Trasa z Krosna do Sanoka

czyli w drodze z Krosna, w momencie kiedy minęliśmy Sanok, okazało się, że jest coś więcej i bardziej. Coś czego dotychczas nie widziałam na oczy, a istnieje na serio. Bieszczady! Im dalej w las (dosłownie), tym częściej powtarzałam „ale tu jest dziwnie” i tak już zostało. Pomimo, że góry na oczy nie raz widziałam, w momencie kiedy przekroczyłam magiczną linię Sanu, coś mocno złapało mnie za serce i mózg, zrobiło szybką psychoanalizę, z którą oswajałam się przez kolejne dni, a na koniec rzuciło na mnie urok i taką wymiętą zostawiło na pastwę losu. To kara za bycie ignorantem – dzisiaj to do mnie dotarło.

Most nad Sanem – wyjazd z Sanoka

Kara za bycie ignorantem.

Jeśli kilka miesięcy temu ktoś powiedziałby mi, że za kilka miesięcy spędzę prawie 2 tygodnie w Bieszczadach wyśmiałabym go, „olała” to, co mówi, tekst uznała za mało zabawny żart, a do tego zirytowałabym się. Ileż można słuchać o Bieszczadach – każdy kto tam był, chce wracać, część zostaje na dłużej, a do tego wszyscy gadają jakieś głupoty o wolności i niepowtarzalnej przyrodzie. Ehhh, przecież Norwegię widziałam (Post o Norwegii TU-KLIK), było rzeczywiście przepięknie, ale moja miłość do dużych, zatłoczonych miast, po ulicach których chodzi się będąc niewidzialnym jest ogromna, a do tego lęk przed otwartą przestrzenią upewnia mnie w tym, że w Bieszczadach nie da się zakochać. Nic bardziej mylnego. Przestrzeń nie taka straszna, bo góry zasłaniają;), a do tego, to właśnie tam spotkałam ludzi, którzy mnie nie oceniali i nie patrzyli na to jak wyglądam, bo sami tego nie lubili. Ludzi, którzy zabierali na stopa w zabłoconych butach i z butelką piwa w ręku, karmili pachnącym pieczywem, poili pysznymi nalewkami i kawą, rozpalali ogniska tak wielkie, że ostatnio takie widziałam w czasach podstawówki, rozbawiali do łez, okazywali bezgraniczną miłość zwierzętom, gadali ze mną do rana i grali w szachy, choć, w moim przypadku jest to szybka gra i dla jasności – zawsze przegrywam;), śpiewali, grali na gitarze i tańczyli (również ze mną, choć tego też nie potrafię) oraz uświadomili, że rzeka nie jest wcale tak zimna żeby nie przejść na jej drugi brzeg…

Okolice Smereka

Deszcz w Cisnej…

Deszcz w Cisnej:)

w tym miejscu muszę wrócić do wyprawy do Krakowa przed dwoma laty, kiedy to upalne wieczory spędzałam w knajpie „Winne Grono”, pijąc pyszne i chłodne wino, zagryzając je oliwkami i innymi smakołykami podawanymi przez świetną ekipę (TU-KLIK post o (akurat zimowym) Krakowie i min. „Winnym Gronie”). Pewnego wieczoru, „chillując” na ogródku knajpy pod wielką winoroślą, usłyszałam „Deszcz w Cisnej” Krystyny Prońko, który stał się jedną z moich ulubionych piosenek. Myślę, że to wtedy coś we mnie pękło. Przez myśl przeszło mi, że jak będę stara, to ewentualnie mogę wpaść na „to” Podkarpacie, zobaczyć „te” Bieszczady. Choć piosenki słuchałam często, nic z tego nie wynikało. Pod koniec roku napisała do mnie pewna Pani z zapytaniem, czy sfotografuję chrzest jej córki; dopełniłyśmy formalności i spotkałyśmy się. Zostałam zaproszona także na obiad po chrzcie, podczas którego dowiedziałam się, że połowa rodziny pochodzi z Podkarpacia, że daleko, bo „jeszcze za Krosnem”. Wtedy szybki impuls: Krosno – szkło, a może by tak pojechać i zobaczyć jak robią to szkło… Odpaliłam mapę żeby zobaczyć gdzie „to” Krosno, spoko, autostradą do Krakowa, później Rzeszów (tak, Rzeszów – będę jedną z nielicznych osób, która odwiedziła to miejsce;)), ale przecież zaraz obok są Bieszczady! Zajęta swoimi sprawami, pracą i innymi podróżami zapomniałam o całej sytuacji, aż do dnia, w którym spotkałam się z koleżanką, miłośniczką górskich wypraw, która jesienią była w Bieszczadach. Rozmawiałyśmy głównie wymieniając się informacjami o promocjach w PKP i tanich noclegach, aż ona wypaliła z opowieścią o Bieszczadach. Znowu to samo, że super, że góry, że ludzie, że świat jest inny, że „czasu nie ma”;) To było wiosną, może w marcu. Na drugi dzień oczywiście zapomniałam o tym, że Bieszczady cały czas pukają w moje drzwi (a tym bardziej pustą głowę) i zapraszają. Kilka dni później, wyprowadzając psa, zwróciłam uwagę na auto, które często jest zaparkowane na rogu pod moim domem. Znajdowało się na nim jakieś logo, ale zawsze byłam przekonana, że wilk, który na nim widnieje, „reklamuje” coś w stylu grupy miłośników polowań więc z premedytacją i pełną pogardą nie pofatygowałam się żeby przeczytać napisy znajdujące się wokół. Tego dnia, człapiąc równie wolnym tempem, co mój pies, leniwie zerknęłam na tę naklejkę, a tam cyk! – reklama agroturystyki w Bieszczadach. Wtedy powiedziałam sobie – w kwietniu jadę w Bieszczady, trudno. Serio – trudno?! No cóż, człowiek ma czasem coś czego się wstydzi – w moim przypadku teraz jest to ta złota myśl, za którą pokutuję, bo w mega napięciu piszę posta żeby pozbyć się emocji, które mną targają i wreszcie przestać tęsknić, połknąć ostatnie łzy oraz zająć się swoją pracą. W marcu byłam w Czechach, więc wyjazd w kwietniu był niemożliwy, ze względu na to, że człowiek zarobić pieniądze kiedyś musi. Tak więc myśl – jadę w maju. Na majówkę nie ma sensu, bo pod namiotem będzie zimno, ludzi pełno… Kiedy oswoiłam już się z tą myślą i zaczęłam dzielić się nią z innymi, od swojego sąsiada z dołu usłyszałam: „Jedziesz w Bieszczady? Tam jest super!” – oznajmił podniosłym głosem z pełnym zaciekawieniem, na co ja trzymając mu konewkę, podczas gdy on sadził kwiatek, odburknęłam od niechcenia: „A ty skąd wiesz?”. W odpowiedzi usłyszałam tylko „Bo ja się tam urodziłem, mówiłem ci!” – tym razem był mega radosny, a wręcz śmiał się ze mnie, co zirytowało mnie jeszcze bardziej… Udało się w połowie maja. Pojechałam.

„Poczekalnia PKP”

czyli tak podróż się zaczyna – pole namiotowe PTTK Wetlina 🙂

Pole namiotowe PTTK „Wetlina”
Pole namiotowe PTTK „Wetlina”
Ośrodek PTTK „Wetlina”

Jeszcze będąc w domu szukałam tanich noclegów w Bieszczadach. Z racji tego, że z dziką zwierzyną raczej do czynienia na co dzień nie mam, byłam przekonana, że kempingów w Bieszczadach brakuje właśnie ze względu na bezpieczeństwo turystów. Wyobrażałam sobie, że za każdym drzewem kryje się Leonardo Di Caprio, a zaraz za nim niedźwiedź i czyhają tylko na to żeby na mnie zza tego drzewa wyskoczyć i wydobyć z siebie bajkowe „boo!” 😉 Ceny kwater, do których poza tym właśnie faktem niechętnie jeżdżę w ogóle, były wg mnie zbyt wysokie, więc szukałam, szukałam aż znalazłam. Wtedy wydawało mi się to czarną magią, ponieważ całkowicie nie znałam topografii tego regionu, co teraz wydaje mi się jakąś mega głupotką. Droga jest jedna – kręta, ale jedna. Wystarczy się skupić i nagle kempingi pokazują się na mapie. Ich ceny również były powalające, a mianowicie sięgały cen kwater, aż nagle i nie dowierzając we własne szczęście, na mapie ujrzałam coś w rodzaju „dom wypoczynkowy PTTK”, ale zaraz obok przewijała się informacja, że mają również swoje pole namiotowe. Cena była super – niecałe 15zł/os. i bez dodatkowych opłat za auto czy namiot. Wspaniale – od razu wyobraziłam sobie, że resztę kwoty, którą w teorii mogłabym wydać na sam nocleg, teraz mogę wydać na piwo!:) Przyjechaliśmy prawie o zmroku – oczy wszystkich osób siedzących na werandzie miejscowego baru były w pełnym skupieniu zwrócone w naszą stronę. Ja na bosaka wyszłam z auta, bo choć było ok. godziny 20, upał nie ustępował, i na myśl o tym, że muszę rozbić jeszcze swój namiot robiło mi się słabo i myślałam tylko o tym żeby napić się zimnego browarka. Pomyślałam – jak będzie beznadziejnie, to pojedziemy dalej. To trwało sekundę, to było klik i nigdy później już przez myśl mi nie przeszło, że mogę bieszczadzką przygodę, tym bardziej pierwszą w swoim życiu, spędzić gdzie indziej. Ekipa przywitała nas w sposób, który budził moje duże podejrzenia – wszyscy, choć mega zabiegani, bo w pracy, byli tak uprzejmi i pomocni, że wydawało mi się to jakimś żartem. W sumie nie mogłam w to uwierzyć jeszcze przez kilka dni, ale z każdym kolejnym oraz każdym kolejnym poznanym człowiekiem okazywało się, że oni są tam na serio, i że wszystko co robią również jest na serio i na 100%. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przepadłam.

Zachód słońca w Wetlinie

„Rowerem na tak małych kółkach będzie Wam tu ciężko”…

…usłyszeliśmy od kogoś na kempingu. No i było. Dzień przywitał nas mega słońcem więc przytargane ze sobą rowery turystyczne poskładaliśmy w tempie ekspresowym i po świeżutkim i pysznym śniadaniu w PTTK (szwedzki stół w kwocie 15zł/os. – super wyposażony także dla wegetarian) pojechaliśmy na start zwiedzać okolicę. To, co widziałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dzień wcześniej przecież jechałam po  tych drogach autem i nie dostrzegłam tego, co dzisiaj. Drzewa w kolorach zieleni, których (SERIO!!!) nigdy w życiu nie widziałam, cisza, ale nie taka głucha i przerażająca, lecz przełamana śpiewami ptaków, uśmiechy spotkanych na drodze ludzi, kapliczki, wszędzie na łąkach kwitnące kwiaty, przydomowe ogródki bardzo zadbane, nie było psów przy budach, nikt nie patrzył na nas z pogardą, a przejeżdżające auta z pełnym szacunkiem i całkiem ostrożnie nas mijały, pomimo, że stawałam dokładnie co chwilkę żeby zrobić zdjęcie. Były owce na polach, szumiąca i lodowata rzeka, krystalicznie czysta i zachęcająca swą urodą żeby do niej wejść. Było coś jeszcze, ale nie wiedziałam co to takiego dopóki nie wróciłam do domu. To było powietrze. Zapach ciepłego wiatru i promienie słońca na twarzy. To było dziwne. Tego naprawdę nie da się opisać. Popadłam w euforię i zgłodniałam 😉

Rzeka „Wetlinka”
Głowna droga w Wetlinie
Wodospad Ostrowskich, Stare Sioło
Schronisko, Stare Sioło
Schronisko, Stare Sioło
Schronisko, Stare Sioło
Schronisko, Stare Sioło
Moje pierwsze, nieśmiałe wejście do „Chaty Wędrowca” 🙂

Chata wędrowca

choć otwarta sezonowo – nas już przywitała. A za nami całą masę gości zaciekawionych „Naleśnikiem – Gigantem”, który zasłużył sobie na miano najlepszego 🙂 Osobiście nie przepadam za niczym, co jest słodkie, ale podkradłam kawałek towarzyszowi podróży i, choć wstyd przyznać, to zjadłam go ze smakiem:) Na swoje usprawiedliwienie mam także to, że zapiłam je pysznym, świeżutkim piwem z kija wprost ze Słowacji, które było przyjemnie gorzkie. Do Chaty zawitaliśmy jeszcze kilka dni później, żeby spróbować ich wytrawnych specjałów. Schodząc z Połoniny Wetlińskiej, od strony Przełęczy Orłowicza, wychodzi się właściwie pod samiutką Chatą. Nie mogliśmy nie zjeść tam obiadu. Był pyszny. Ja oczywiście spośród dań bezmięsnych wybrałam swojego ulubieńca – smażony ser – pycha. Myślę, że każdy powinien odwiedzić Chatę Wędrowca przynajmniej jeden raz, bo będzie to ukłon dla właścicieli i pracujących tam osób, dzięki którym zarówno przepiękny wystrój jak i świeżo przygotowywane potrawy pozostają na bardzo wysokim poziomie od lat! Na dole „Chaty” znajduje się, otwarty również sezonowo, sklepik z produktami regionalnymi – nie tylko spożywczymi. Myślę, że jest to jedno z niewielu miejsc gdzie produkty są autentyczne i warto się im przyjrzeć. Pojechaliśmy dalej, do sklepu spożywczego, który znajdował się na drugim końcu Wetliny, a o którym więcej możecie dowiedzieć się z mini serialu wyprodukowanego przez HBO „Magiczne Bieszczady” – Dom Kultury.

„Naleśnik Gigant” i lany SARIS jasny, przy okazji naszej pierwszej wizyty w „Chacie Wędrowca”
Cydr SMYKAN z kija, STAROPRAMEN niefiltrowany z kija, burger z baraniny, smażony ser – Chata Wędrowca po zejściu z Połoniny Wetlińskiej
BURGER BARANI – Chata Wędrowca

Po drodze wyłonił się napis na uroczym, starym domu…

Baza Ludzi z Mgły

to jedno z moich ulubionych, zasłyszanych haseł – tym bardziej hitem jest nazwanie tak knajpy. Niestety nie miałam okazji poznać klimatu, który przyświecał jej od lat, ponieważ akurat w tym roku, przed sezonem, wnętrze domku przeszło gruntowny remont. Nie mogę ocenić ich specjałów: lanego wina i obiadów, ponieważ zjadłam tam tylko frytki i zapiłam piwem – standardowy zestaw podróżnika;) i mogę tylko z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko było świeże, a obsługa bardzo pomocna i uprzejma.

„Baza Ludzi z Mgły” – budynek z zewnątrz

Łzy pojawiły się już kolejnego dnia…

w postaci ulewnego deszczu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to alter ego podświadomie daje mi do zrozumienia, że tak będzie wyglądał mój wyjazd z tej krainy. Postanowiłam nie marnować czasu, to był poniedziałek, a na poniedziałek mieliśmy zaplanowany wyjazd do Sanoka, zwiedzanie Muzeum Historycznego i Muzeum Budownictwa Ludowego, które akurat w poniedziałki są darmowe (niestety Muzeum w Zamku (Historyczne) w poniedziałki otwarte tylko do godz. 12:00, a warto zobaczyć je całe, skupiając się przede wszystkim na Galerii Zdzisława Beksińskiego, którego prace w rzeczywistości są jeszcze bardziej magiczne). Kiedy jechałam drogą z Wetliny w stronę Cisnej, na wysokości Dołżycy, drugi raz odkąd przyjechaliśmy rzucił mi się w oczy napis „Hipisówka”. Dwa dni wcześniej, kiedy przyjechaliśmy i pogoda była piękna, pod wejściem do owej „Hipisówki” siedział uroczy piesek, na widok którego oczywiście się rozpłynęłam, ale byliśmy po długiej drodze, więc nie wstąpiliśmy żeby go pogłaskać, poza tym nie bardzo byłam zorientowana co to za miejsce. Pojechaliśmy dalej i udało się ogarnąć niewielki, deszczowy, ale malowniczo położony Sanok, zwiedzić niesamowite zbiory Beksińskiego i pozostałe piętra pięknego muzeum, tak samo jak Skansen – serdecznie polecam. Deszcz cały czas padał, robił się wieczór, zrobiliśmy zakupy i zmęczeni wracaliśmy do Wetliny. Jadąc od Cisnej zobaczyłam napis, z którego przeczytałam coś jakby „nalewki, chleb, muzyka”… klik! Ta sama czcionka, co na „Hipisówce”. Droga była kręta więc skupiona na niej, znowu szybko zapomniałam o tym miejscu. Prognozy na kolejny dzień były podobne jak na dzisiaj – ulewa! W zanadrzu mieliśmy jeszcze jeden dzień „zwiedzania pod dachem” – przejazd kolejką.

Deszczowy Sanok – widok na miasto z okna Muzeum Historycznego (na Zamku)
Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku (Skansen)
Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku (Skansen)

Bieszczadzka Kolejka Leśna.

Dobrze, że podstawili zamknięte wagoniki 😉
Zabytkowy peron w Majdanie, a po lewej budka z nalewkami, o której będzie poniżej:)
Domowe pyszności na stacji w Balnicy
Jak przecierałam szybę rękawem, to przez chwilę widok był:)
Nieużywane tory kolejki i bieszczadzka zieleń po deszczu

Nie rozumiem osób,  które twierdzą, że Bieszczadzka Kolejka Leśna nie jest atrakcją godną odwiedzenia. Oczywiście – dla osób, które nie lubią spędzać czasu w plenerze, być może atrakcją nie będzie, ale myślę, że tacy nie przyjeżdżają w Bieszczady. Kolejka do najtańszych nie należy – tym bardziej biorąc pod uwagę jej krótką trasę (25zł/1 normalny bilet w dwie strony +2zł za wejście na „Zabytkowy peron” na Majdanie). Do wyboru są dwie destynacje: Majdan -> Balnica (9km) lub Majdan -> Przysłup (11km), spośród których wybrałam tę krótszą. Po pierwsze ze względu na to, że Przysłup mijałam kilka razy dziennie w drodze do lub z Cisnej, a po drugie ze względu na ograniczenia  w rozkładzie jazdy (kolejka w okresie wakacyjnym ma więcej kursów). W dzień, w który akurat miałam zamiar udać się na przejażdżkę rano był kurs, który mi odpowiadał. Bilety można kupić przez internet, ale z tej opcji nie skorzystałam ze względu na niepewną pogodę. Rano, powiem szczerze, było zimowo:) Wzięłam połowę przywiezionych ze sobą ubrań plus koc, który w ostatniej chwili chwyciłam z auta. Po parasol jednak trzeba było się wrócić, bo pomimo szczerych chęci i niewielkiego, zabytkowego peronu, który teoretycznie chronił nas przed deszczem, był on potrzebny. Podróż kolejką w zamkniętym wagoniku (ze względu na niską temperaturę i padający – bez przerwy! – deszcz), była pewnie mniej ciekawa, ale naturalnie nie bylibyśmy sobą, gdyby nie spotkała nas przygoda. Zaraz po wyruszeniu ze stacji Majdan, w rzece spostrzegliśmy martwe zwierzę – świeżo obdarte ze skóry, co sprawiło, że uwierzyłam w to, że jednak gdzieś za drzewem jest Ten Leo, albo Ten niedźwiedź, ale cii. Na stacji Balnica udało się kupić pyszne ręcznie wypiekane zakąski, kawę i herbatę, i pospiesznie wrócić do wagonika. Na miejscu była też toaleta (to dla informacji, bo w ramach ciekawostek, to powiem Wam, że przed wyjazdem w Bieszczady wysłałam maila do Parku Narodowego z zapytaniem o lokalizacje toalet, ponieważ nigdzie na stronie ani na mapach toalet nie ma zaznaczonych). Przy zabytkowym peronie w Majdanie stoją stragany, na których owszem, można kupić pamiątki i np. przetwory, ale stoi tam też stoisko z nalewkami. Teraz już dobrze wiem, że jest to ponownie inicjatywa „Hipisówki”, ale wtedy nie wiedziałam i pytałam kolejno sprzedających tam ludzi, czy mają na sprzedaż jakiś mocny alkohol, bo ZARAZ ZAMARZNĘ?! – ale odpowiedź była tylko jedna. Nalewki sprzedają w budce należącej do „Hipisówki”, ale ona akurat teraz jest jeszcze zamknięta. Wtedy poczułam chęć zemsty;) – muszę ich odwiedzić wracając z kolejki, bo skoro narazili mnie na takie niedogodności, to jestem zobowiązana podzielić się z nimi tą informacją;) Padało nadal, a my już byliśmy głodni, więc nastał czas „Biesa z Czadów”, który czyha na nas nigdzie indziej jak w centrum Cisnej i jej historycznej knajpie o nazwie…

Siekierezada.

Specyficzny „numerek” od naszego zamówienia w Siekierezadzie

Słyszałam o niej wiele dobrego, wiele razy, przez wiele lat, o jej winie, o klimacie, ale nigdy nic dobrego o jej posiłkach, które okazały się być bardzo dobre, a porcje bardzo duże. Ja zamówiłam jedną z niewielu pozycji dla wegetarian, czyli jedyną zupę, która jak się dowiedziałam na miejscu, nie jest gotowana na mięsie czyli zupę z soczewicy, a towarzysz podróży placek zakapiora. Tego dnia już nic więcej nie jedliśmy 🙂 I nie dlatego, że mieliśmy zatrucie pokarmowe, ale dlatego, że posiłki napełniły nasze wielkie brzuchy na wiele godzin 🙂 Wtedy przypomniałam sobie o tym, że muszę nadrobić braki alkoholu we krwi i następnym naszym celem była wspomniana wielokrotnie wcześniej …

Hipisówka.

Wejście do Magicznej Krainy – prezentuje się pięknie nawet w deszczu:)
Koniecznie przeczytajcie posta „Hipisówka to nie tylko pijalnia nalewek i absyntu” – link znajdziecie w tekście poniżej

znajduje się niedaleko Cisnej, a mianowicie w Dołżycy, czyli po drodze na nasz kemping w Wetlinie. Założenie było proste i takie jak zwykle, czyli jeśli będzie beznadziejnie, to zaraz po dzień dobry mówimy do widzenia i tyle. Nic bardziej mylnego. Tamtego dnia nasze „dzień dobry” było bardzo odległe od „do widzenia”, a do tego podczas naszego pobytu w Bieszczadach zawitaliśmy tam jeszcze kilka razy na wieeele godzin:). Nie tylko bardzo przyjemny klimat, aromatyczna kawa, pieski! i naleweczki (10zł/duży kieliszek, a ceny buteleczek różnią się w zależności od pojemności) sprawiły, że chcieliśmy tam wracać, ale również aparycja właściciela, zapał z jakim prowadzi całą tę inicjatywę, zaangażowanie w rozwój tego magicznego miejsca, m.in. przez organizację kameralnych koncertów (jeden z nich był niestety w dzień naszego powrotu i nie mogliśmy na nim zostać, ale dzień wcześniej udało nam się poznać muzyków, którzy mieli nazajutrz wystąpić w Hipisówce, i choć zamieniliśmy z nimi tylko kilka słów, od razu wiedzieliśmy, że prawdą jest to, co mówił Tomek – właściciel owej magii – zespoły które tam grają, nie są przypadkowe, ale selekcjonowane skrupulatnie przez niego i zgodnie z jego gustem, a ten jest równie wyszukany, co całe to miejsce). Pamiętam, że zaraz po otwarciu drzwi szukałam punktu zaczepienia, czegoś, do czego mogłabym się przyczepić i z pełną premedytacją opuścić to miejsce, jako „nieodpowiednie dla mnie, bo… „, ale nic takiego nie znalazłam 🙂 To była sekunda, a my pochłonięci rozmową z właścicielem zamawialiśmy już kawę i nalewkę nie mając w planach żadnego odwrotu:) Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, przecinające się wzajemnie życiowe szlaki, pokłady empatii do piesków i zbliżone do siebie poczucie humoru. To właśnie to klik i godziny wspólnych rozmów sprawiły, że pozostał po nich niedosyt i żal, że odległość, która nas dzieli jest tak ogromna i nie mamy możliwości przebywać w swoim towarzystwie częściej. Jest to jedno z nielicznych miejsc na gastro mapie Polski, które trzeba odwiedzić! Tym bardziej, że jak się okazało, nalewki, to nie jedyna inicjatywa – jest jeszcze coś, co nazywa się Bieszczadzkie Smaki, a pod nazwą kryje się nic innego jak sprzedaż przepysznych przetworów i chleba zwanego Śpiewanym;) Udało nam się tam zakupić pesto z czosnku niedźwiedziego i tajemniczy chleb, który dostępny jest tylko na zamówienie. Oczywiście, z racji tego, że sami też pieczemy chleb, byliśmy tym bardziej ciekawi jak smakuje ten, o który pytają nie tylko przyjezdni, ale również miejscowi. Smakuje pysznie, wygląda idealnie, długo zachowuje świeżość (my kupiliśmy chleb żytni z nasionami, na zakwasie, 750g), a posmarowany ich pesto z czosnku niedźwiedziego… mniam!

Koniecznie zajrzyjcie od posta o „Hipisówce”, w którym znajdziecie więcej zdjęć z tego miejsca „Hipisówka to nie tylko pijalnia nalewek i absyntu” – KLIK!

Ten dzień był przełomowy nie tylko dla nas, ale również dla pogody. Ja poczułam, że miejsce owiane mitem, miejsce o nazwie „Bieszczady” jest bliższe memu sercu, niż by się kiedykolwiek mogło wydawać i być może dlatego pogoda stała się dla nas łaskawa – przestało padać, ale ale… okolicę pokryły magiczne chmury, które towarzyszyły nam dnia kolejnego, w którym to zrobiliśmy ostatnią, nie pieszą, trasę na tym wyjeździe.

Ustrzyki Dolne.

Dom Kultury w Ustrzykach Dolnych

W tym momencie każdemu przypomina się największy hit KSU, ale dopiero jak dotrzecie Pętlą Bieszczadzką w każdy zakątek i wejdziecie na przynajmniej jeden szczyt, zrozumiecie, że tekst w tym kawałku jest powalająco prawdziwy. Kultową miejscowość warto odwiedzić, ale nie ze względu na to, że znajdziecie tam strzelające fajerwerki, ale np. stary (choć odnowiony) dom kultury, w którym min. pierwsze koncerty miał wspomniany zespół KSU, że będziecie mogli zjeść i napić się w równie kultowej restauracji „Niedźwiadek” znajdującej się w centrum mieściny, tuż obok dworca PKS. Również dlatego, że w miejscowym lumpeksie na pewno znajdziecie dla siebie jakieś perełki, a lekko oddalony od centrum ryneczek jest malowniczy i droga, która przez niego prowadzi, sięga również Muzeum Bieszczadzkiego, które choć niewielkie, zaciekawi szczególnie rodziny z dziećmi.

Kościół w Ustrzykach Dolnych
Widok z tarasu Restauracji „Niedźwiadek”
Parking przy „Parku Gwiezdnego Nieba”

Po drodze do Ustrzyk Dolnych mijaliśmy znane miejsca, jak np. „Park Gwiezdnego Nieba” w Gminie Lutowiska, ale ze względu na widoczność, a raczej jej brak i fakt, że był środek dnia, jedyne gwiazdy jakie widziałam w Bieszczadach wyłoniły się w Wetlinie, kilka dni później, podczas pełni księżyca. Ostatnio tyle gwiazd widziałam jakieś 20 lat temu, podczas pobytu na polu namiotowym pośrodku województwa kujawsko-pomorskiego, w maleńkiej wiosce, która na swojej (jednej!) ulicy nie posiada za wiele oświetlenia, dlatego efekt oświetlonego nieba był spektakularny.

Widoczność w tym dniu nas nie rozpieszczała ;D

Solina.

to kolejny punkt turystyczny, który odwiedziliśmy wracając tego dnia na kemping, a właściwie, to naszym celem była Tama nad Soliną. Już wcześniej zrezygnowałam z jej zwiedzania, głównie dlatego, że nie można podczas owego zwiedzania robić zdjęć ani kręcić filmów. Ok – rozumiem, że jest to miejsce strategiczne dla przynajmniej całego województwa, ale uważam, że zakaz (jak się okazało dotyczy także tamy na zewnątrz) jest nad wyraz naciągany, a do tego martwy. Na własne oczy widziałam całe wycieczki, które robiły sobie zdjęcia z fleszem w każdą możliwą stronę, a do tego nikt nie pilnował ani turystów, ani bezpieczeństwa na tamie. Niemniej jednak, choć w deszczu i tuż na zamknięcie Solińskich Krupówek (kto jeszcze wpadł na tę nazwę, przyznać się;)) dotarliśmy na jej szczyt, a nawet przeszliśmy na jej drugi brzeg – do Polańczyka i stwierdziliśmy, że jeśli kolejnego dnia jeszcze będzie padać, to na pewno wrócimy zwiedzić jeszcze to miejsce. O tamie rozpisywać się nie będę, bo wszystkie dostępne informacje i zdjęcia (sic!) znajdziecie w internecie, ale powiem Wam, że żadne nie oddają jej wielkości ani piękna – myślę, że warto wybrać się tam, a najlepiej tak, jak my – przed sezonem, raz ze względu na to, że załapaliśmy się na darmowy parking, a dwa, że tłumy turystów nie przyćmiły jej okazałości.

Połonina Wetlińska czyli „a czy TAM za TĄ MGŁĄ coś jest?” 😀

Dzień przywitaliśmy jakoś po godzinie 6, z mega kacem, bo siedzieliśmy do 2:30. Może gdybyśmy tylko siedzieli, to nie byłoby problemu z chodzeniem dnia następnego, ale przez siedzenie mam na myśli mega imprezę ze śpiewami i tańcami, jaką spontanicznie udało się zorganizować z innymi turystami przebywającymi na tym samym polu namiotowym. Szybko się pozbieraliśmy i tu po raz kolejny ukłon w stronę tego, kto w PTTK Wetlina wymyślił coś takiego jak „szwed” czyli nic innego jak szwedzki stół w ramach śniadania. Udało się stanąć na nogi bardzo szybko i już ok. godziny 9 byliśmy pod sklepem ABC w Wetlinie, czyli punktem wypadowym na szlaki. W planach mieliśmy złapanie stopa do Brzegów Górnych, wejście na Połoninę Wetlińską i zejście w Wetlinie, tuż obok Chaty Wędrowca, właściwie naprzeciwko owego sklepu ABC. Pomimo tego, że zjedliśmy śniadanie i wzięliśmy kąpiel, to smrodek rozkładającego się alkoholu z wczoraj sprawiał, że odczuwaliśmy lekki dyskomfort łapiąc stopa:) Na szczęście nie trwało to długo, bo właściwie od razu zabrała nas autokarem wycieczka szkolna. To była moja pierwsza wyprawa górska w Bieszczadach i gdybym wiedziała, jakie widoki czekają na zwiedzających przy ładnej pogodzie, to chyba nie zdecydowałabym się na spacer tamtego dnia. Z drugiej strony mając to na uwadze nigdy nie poszłabym tam w złą pogodę więc myślę, że wyszło idealnie. Nie wiedziałam tylko gdzie idę, jak daleko, po czym idę, co jest za mgłą, która otaczała nas całkowicie, widoczność była mniej więcej na 2 metry, czasami na 20 cm, a czasami tak padało, że nie było widać dokładnie nic. Zresztą zobaczcie sami i powiem szczerze, że polecam – w każdą pogodę.

Wejście na Połoninę Wetlińską od strony Brzegów Górnych
Schronisko „Chatka Puchatka”
Bardzo ważne info w Schronisku – pamiętajcie o tym!
Droga z „Chatki Puchatka” w stronę Przełęczy Orłowicza
Osadzki Wierch
Szare Berdo
Zejście z Połoniny Wetlińskiej od strony Przełęczy Orłowicza

Połonina Caryńska – a to To jest Połonina?! 😀

Jak łatwo się domyślić tego dnia pogoda nam dopisała. Był upał, a przemiłe Panie zabrały nas na stopa od razu jak wystawiłam rękę pod ABC, podrzuciły do Ustrzyk Górnych i pojechały w swoją stronę. Bez problemu weszliśmy na Caryńską i bardzo się cieszę, że od strony Ustrzyk, bo zejście od strony Brzegów Górnych było dramatyczne. W sumie dla tych, którzy lubią wchodzić po skalnych schodach pionowo pod górę to ta opcja wydawać się może bardziej korzystna. Właściwie po dalszych przemyśleniach stwierdziłam, że następnym razem też tak zrobię, bo chyba bardziej bolesne jest zejście – na pewno dla naszych palców u stóp:) Połonina Caryńska zapiera dech w piersiach. Widziałam leżący na niej śnieg, krystalicznie czystą przestrzeń dookoła, odciski łap wilka, góry tak ogromne i szlaki tak długie jakich nie widziałam naprawdę nigdy wcześniej. Na szczęście to pozostanie nie tylko w mojej pamięci, ale z racji tego, że udało mi się zrobić wiele zdjęć, jedno z nich znajdzie miejsce także na mojej skórze, w postaci tatuażu. Po piekielnym zejściu z Caryńskiej, doszliśmy do skrzyżowania dróg, odkupiliśmy piwo od innych turystów na parkingu i udaliśmy się na piechotę w stronę Lutowisk do Juhasówki, gdzie wyrabiają sery owcze z mleka zwierząt z własnej hodowli. Przyznam szczerze, że były pyszne, zabraliśmy także kilka dla przyjaciół na kempingu i tych, którzy zostali we Wrocławiu. Zaraz po tym jak przegryźliśmy sery, dopijaliśmy piwko – usłyszeliśmy nadjeżdżające auto. Z jedną ręką wysuniętą w kierunku samochodu stałam i zerowałam swojego „tyskacza”, a tu nagle szok – samochód się zatrzymał. Biegniemy, oczom nie wierzę, pytam „Zabierze nas pan?? – a on „A po co się zatrzymałem – wsiadajcie”. Ja mówię „Dziękuję, jest pan wspaniały, to niesamowite”, na co odpowiedział: „A co w tym niesamowitego – jesteśmy w Bieszczadach”. Miał rację. To nie było nic niesamowitego. Po prostu cale Bieszczady są niesamowite i wie o tym każdy, kto był tu przynajmniej raz. Pan oczywiście jechał tam gdzie my, czyli pod ABC do Wetliny i gdyby nie jego smutna, a wręcz tragiczna historia, którą nam opowiedział po drodze, to jeszcze jednym miłym akcentem było to, że pochodził on tak jak ja – z Wrocławia.

Salamandra plamista
Czosnek niedźwiedzi – jego zapach towarzyszy nam w Bieszczadach bardzo często

„Chcijcie, chcijcie!!” czyli Polańczyk 😀

W drodze do Polańczyka
Polańczyk – cypel
Jezioro Solińskie – widok na Polańczyk

Tego dnia znowu pogoda była słaba, co właściwie nie zdarza mi się kiedy gdzieś wyjeżdżam. Teraz wiem, że to dziwny klimat tego miejsca i niebo, które już za mną płakało;) Postanowiliśmy udać się do Sanoka po raz kolejny, ja miałam w planach znalezienie centrum handlowego, w którym szybko zrobię sobie nowe paznokcie (tak, uwielbiam długie i kolorowe paznokcie, a moje wymagały już liftu), poza tym mieliśmy zwiedzać Sanok i Cisną. Nic bardziej mylnego – w Sanoku nie znajdziesz typowo wielkomiejskiego centrum handlowego, co oczywiście dodaje miastu uroku, ale tym samym sprawia, że pewne sprawy się komplikują i nie załatwisz wszystkiego na miejscu tak, jak jesteś do tego przyzwyczajony gdy mieszkasz w średnim czy dużym mieście. Szybko okazało się również, że jedyna informacja turystyczna (pozdrawiamy serdecznie państwa z obsługi:)) znajduje się na sanockim mini ryneczku i to właściwie tyle. Co robić dalej? Postanowiliśmy wrócić w nasze rejony, ale po drodze, w Lesku , kiedy skręciliśmy do przydrożnego lumpeksu, który okazał się super hitem, los poprowadził nas do Polańczyka, czyli nad Solinę, ale na drugi jej brzeg. Dojechaliśmy samochodem na cypel, bo po drodze nie obowiązywały zakazy, które działają tam w trakcie trwania sezonu, wysiedliśmy z auta, przeszliśmy się nad brzeg Soliny i okazało się, że nie ma tam ani jednej otwartej restauracji, w której moglibyśmy usiąść i dalej zachwycać się krajobrazem. Nagle ktoś do nas woła – tzw. naganiacz od „rejsów po Solinie”, który proponuje nam emerycki rejs swoją motorówką. Oczywiście w pierwszej chwili odmówiliśmy, ale w sumie była dopiero 17:00 i nie mieliśmy w ten deszczowy dzień nic do roboty. On chyba widział nasze wahanie, przedstawił nam ofertę, my dalej nic, yyyy zastanawiamy się, aż nagle podniecenie pana osiągnęło zenit: podskakując i patrząc nam prosto w oczy krzyczy: „Już tylko dwóch osób mi brakuje do kompletu no CHCIJCIE CHCIJCIE” 😀 – pękłam. Głównie ze śmiechu. Stwierdzając, że i tak nie mamy większego wpływu na to, co dzieje się z naszym życiem, poddałam się zachętom i karnie poczłapaliśmy za panem na ową motorówkę. Okazało się, że jest ona na prąd! HIT. Godzinny rejs także był całkiem przyjemny, dowiedzieliśmy się kilku ciekawostek, zobaczyliśmy pływającą wydrę, kamieniołom oraz Tamę z całkiem innej perspektywy. Było warto.

Krzyż na szczycie.

Niebo odbijające się w śniegu na połoninie

Doświadczona życiem stwierdziłam, że na Tarnicę wchodzimy od strony schodów, czyli z Wołosate. Schody są łagodne, szerokie i długie więc łatwiej będzie po nich wejść niż schodzić. Tylko zapomniałam o tym, że do schodów jest jeszcze godzina wędrówki pionowo w górę. Lekko pionowo;) Niedziela nie jest dobrym dniem na łapanie stopa – po godzinie wędrówki w te i wewte od ABC do „Domu Kultury” (o którym tak jak pisałam wcześniej, więcej możecie dowiedzieć się z serialu realizowanego dzięki HBO, dostępnego na YouTube pod hasłem „Magiczne Bieszczady”) stwierdziliśmy, że wracamy po samochód, przy okazji zabraliśmy autostopowicza od nas z pola (pozdrowienia K.;)) odwożąc go w miejsce nieznane, skąd rozpoczął swoją podróż bez celu, ale na szczęście wrócił na noc 😉 Naszą bazą miały być Ustrzyki Górne, gdzie zostawiliśmy auto, złapaliśmy stopa do Wołosate i w drogę do góry. Było coś ok. 13:00, więc schodząc z Tarnicy przy zachodzie słońca opaliliśmy się masakrycznie, a raczej spaliliśmy wszystko, co było odkryte, pomimo kremu z najmocniejszym filtrem 🙂 O Tarnicy rozpisywać się nie będę, bo to nie ma sensu. Tam po prostu trzeba! w życiu wejść chociaż raz. Schodząc słyszeliśmy niedźwiedzia, a dla podkręcenia opowieści dodam, że na szlaku w dół minęliśmy tylko dwójkę starszych ludzi, którzy opalali się mniej więcej godzinę drogi od zejścia ze szlaku – szok. Wyszliśmy zgodnie z planem – tuż obok parkingu, na którym zostawiliśmy samochód. Za ten parking w tym dniu musieliśmy już zapłacić (18zł/auto/dzień), pomimo, że parking nie był strzeżony, a jak wróciliśmy, to ba! był nawet zamknięty;) Ale ładna pogoda sprawia, że właściciele tych „parkingów” stwierdzają, że skoro można zarobić, to czemu nie. Auto było w każdym razie całe, parking nieczynny, ale szlaban otwarty więc poszliśmy jeszcze coś zjeść. Po drodze spotkaliśmy Wojtka, który wziął nas na stopa z Ustrzyk do Wołosate – jeśli to czytasz, to pozdrawiamy Cię serdecznie, życząc lepszego zasięgu internetów:) Głodni dotarliśmy do wcześniej napotkanej knajpy o nazwie…

Bieszczadzka Legenda.

Nazwa knajpy mówi sama za siebie. To jest dokładnie taka miejscówka, w której chcę zjeść i napić się po ciężkim dniu. To miejsce jest nie tylko piękne z zewnątrz, ale także prowadzone przez pięknych ludzi, którym się po prostu chce. Nam w tym dniu już nic się nie chciało i przez to nie podeszłam do właściciela zamienić z nim kilka słów, a kręcił się bezszelestnie pomiędzy stolikami zbierając puste, a właściwie wylizane do czysta talerze po smacznych posiłkach i dopytywał czy niczego nikomu nie brakuje. Mnie chyba zabrakło werwy… albo odwagi, nie wiem. Na pewno tam wrócę na pyszny, ogromny i w rozsądnej cenie posiłek – na szczęście jest to miejsce, w którym wegetarianie także znajdą coś na obiad! Brawo!

„Bieszczadzka Legenda”, Ustrzyki Górne
Ogromne porcje jedzenia w „Bieszczadzkiej Legendzie”

Sine Wiry.

doskonale określają ten smutny dzień – nazajutrz ruszamy w drogę do domu. Pogoda była piękna, leniwie zwiedzaliśmy okolicę, byliśmy w Cisnej wysłać pocztę (tak, uwielbiam wysyłać i dostawać pocztówki!), zawitaliśmy do Siekierezady na słynne „wino z kija”, które podobno pija się tam do dzisiaj. Ja o nim słyszałam wielokrotnie na przestrzeni wszystkich przeżytych lat i dlatego postanowiłam się na nie skusić. Niestety wzięłam duży kufel, którego nie dopiłam. W przeciwieństwie do posiłków i serwowanego tam piwa, wino jest po prostu gazowanym jabolem w kolorze czerwonym – na pewno znajdzie swoich amatorów, ale sorry, ja do nich nie należę. Nadszedł czas wracać na kemping i pakować się powoli, ale po co po co, skoro można zatrzymać się i prawie na wstecznym zawitać do Hipisówki 😉 Akurat były przygotowania do jutrzejszego koncertu, na którym niestety nas nie mogło być, więc spiliśmy tylko kilka trunków i korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy zwiedzać kaskady wodne. W sumie ze łzami w oczach, których nie byłoby widać gdyby kaskady były wyższe i chlapały na boki. Musieliśmy się powoli rozstawać z ekipą prowadzącą ową magię, której więcej zdjęć możecie znaleźć w moim poście „HIPISÓWKA TO NIE TYLKO PIJALNIA NALEWEK I ABSYNTU”. Dołżyca w ten dzień była bajecznie oświetlona letnim słońcem, ekipa grająca koncert dnia następnego już zbierała się, by zaaklimatyzować się przed dniem jutrzejszym, a my musieliśmy wracać. Droga na Sine Wiry upłynęła w milczeniu, dojechaliśmy szybko, auto udało się zaparkować bez opłat i ruszyliśmy w obszar, w którym podobno grasują niedźwiedzie (kubły na śmieci są umieszczone w specjalnych pojemnikach, do których niedźwiadki nie mają dostępu). Bardzo przystępna trasa, tym bardziej dla tych, którym się nie chce. Gdy tak szliśmy w milczeniu nagle z góry usłyszeliśmy hałas, dźwięk łamanego i spadającego drzewa;) To było serio przerażające i wtedy nastąpił punkt kulminacyjny – wracamy 😉

Zielona noc

na kempingu była bardzo spokojna. Z zaprzyjaźnioną ekipą z PTTK siedzieliśmy rozmawiając do północy, ale niestety nasze humory nie pozwoliły w tym dniu na radosne okrzyki. Rano obudziłam się z ulgą – jest ulewa:) Wracamy bez żalu. Nic bardziej mylnego. Od razu wiedzieliśmy, że złożone w taką ulewę sprzęty turystyczne będziemy suszyć jeszcze przez dobre 2 tygodnie, ale przynajmniej nie ma żalu, że odjeżdżamy… wtedy znowu bardzo się myliłam. Nastał czas pożegnania – już na serio musieliśmy jechać żeby dotrzeć do domu przed północą, co w sumie udało się ledwo co, bo po drodze nawałnice wywołały powodzie i największe straty były oczywiście w województwach przez które przejeżdżaliśmy. Plus stanie w korkach na autostradzie, raz do zjazdu na Kraków i raz w okolicach Katowic. W każdym razie moment, w którym trzeba było powiedzieć „do zobaczenia” ekipie PTTK Wetlina był mega emocjonalny. Mówiąc wprost – rozpłakałam się jak dziecko nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa. Ani dziękuję ani do widzenia. Ale wiem, że Wy wtedy wiedzieliście co chcę powiedzieć i jak bardzo podziękować za gościnę, pomocne dłonie, godziny rozmów, grę w szachy, taniec, wolność i śmiech. Za pełnię księżyca, kamienie, ognisko, za zdrowie Wasze i Nasze, za te ciężkie i te lekkie rozmowy, za miłość, przyjaźń, zaufanie i sztuczki magiczne. Za miłość do zwierząt, za ład, porządek, ciepłe posiłki i zawsze na czas. Za to, że piwko było zawsze zimne. Za butelki wina wypite z plastikowych kieliszków. Za to, że jesteście, że nasze drogi się skrzyżowały. Dziękujemy.

Dla tych, którzy zastanawiają się czy jechać w Bieszczady i na jak długo mam tylko jedną radę: jechać i to na jak najdłużej!

Czasu nie ma! 😉 ♥

2 myśli na temat “Bies z Czadów rzucił na mnie urok…

    1. Dziękuję! To bardzo miłe:) Wiem, że nie tylko Ty po moim tekście przekonałeś się do wyjazdu więc to tym bardziej budujące, bo Bieszczady to naprawdę COŚ 🙂 Zapraszam również na mój kanał YouTube/okonasznurku 🙂 Tam pomieszanie z poplątaniem, ale także filmiki z Bieszczad 😉 Pozdrowienia !

Dodaj komentarz